Robić to, co jest potrzebne : rozmowa z prof. dr hab. Józefem Bachórzem : zapis spotkania z cyklu "Dialogi z tradycją"
Magdalena Kreft, Józef Bachórz
Robić to, co jest potrzebne : rozmowa
z prof. dr hab. Józefem Bachórzem :
zapis spotkania z cyklu "Dialogi z
tradycją"
Jednak Książki. Gdańskie Czasopismo Humanistyczne nr 5, 283-308
2016
JEDNAK
KSIAZKI
GDANSKIE CZASOPISMO HUMANISTYCZNE
ż
PROLEGOMENA
ROBIĆ TO, CO JEST POTRZEBNE.
ROZMOWA Z PROF. DR HAB. JÓZEFEM BACHÓRZEM
(ZAPIS SPOTKANIA Z CYKLU „DIALOGI Z TRADYCJĄ”)
D
r Magdalena Kreft: Serdecznie witam Pana Profesora, witam Państwa tak licznie
zgromadzonych. Cieszę się, że przyszło tyle młodzieży, tylu studentów, którzy znają
Pana Profesora z nazwiska, ale już nie mieli okazji spotykać Go na korytarzu, brać
udziału w Jego wykładach, słuchać. Ale to jest dla nich bardzo ważne nazwisko i myślę, że bez
przymusu, z niekłamanej potrzeby serca tu przyszli. Panie Profesorze, wiem, że powinniśmy
zacząć ab ovo, ale ja zacznę ab verbo – od słowa. Ponieważ na początku było Słowo. Pan Profesor
niewątpliwie jest doskonałym opowiadaczem i stylistą, jest gadaczem wrażliwym na słowo
mówione i pisane. I na styl. Niektóre z Pana anegdot, także te o słynnych badaczach literatury,
będę przechowywała w moim sercu do końca życia. Jak bardzo Pan jest na słowo i na gadaninę
czuły, niech świadczy taki oto fragment, który przeczytam na dobry początek. Jest to fragment
posłowia Pana Profesora do Chłopów Reymonta:
Projekt „Dialogi z tradycją” to spotkania z profesorami gdańskiej polonistyki, w których opowiadają o swojej
biografii naukowej, mistrzach, ścieżce edukacji, współczesnej humanistyce. Rozmowa z profesorem Józefem
Bachórzem miała miejsce w kwietniu 2012 roku.
JEDNAK KSIĄŻKI 2016, nr 5
Robić to, co jest potrzebne. Rozmowa z prof. dr hab. Józefem Bachórzem...
„Kultura tradycyjnej wsi […] jest niewyobrażalna bez mnogości gadania. Gadania
przebogatego. Gadania w drodze do roboty i przy robocie, na podwórzu i w chałupie, koło
kościoła i na przydrożku. Gadania o wszystkim i we wszystkich tonacjach. Złorzeczenia i gadania
<<
po dobremu>>. Zagadywania, dopytywania się, dopraszania, wyżalania, dziękowania,
przekomarzania
się,
dowcipkowania,
dziwowania
się,
rozpamiętywania.
Mamrotania,
pomrukiwania, jazgotania, skiełczenia, biadolenia, przygadywania, wyzywania, wrzasku”1.
Panie Profesorze, zacznijmy dialog, dialog z tradycją, z Panem Profesorem. Jak sam Pan
kiedyś wyznał, urodził się Pan pół tuzina lat przed drugą wojną światową we wsi Lipie koło
Rzeszowa. I jak to też Pan napisał później w żartobliwym fragmencie autobiograficznym,
w dzieciństwie trudnił się Pan „pasterstwem”, „ręcznymi pracami rolnymi” oraz „robotami
z zaprzęgiem konnym”. Przyznał Pan też, że w pięćsetletniej historii Lipia był Pan pierwszym
obywatelem, który złożył maturę i następnie został profesorem, czyli nauczycielem. Jak Pan
wspomina ten okres swojego życia, co zadecydowało i kto zadecydował, że postanowił Pan
ruszyć w świat jak bohater Prusowskiej noweli, ten świat poznać i…
Głos z sali: Podbić.
Józef Bachórz: Proszę Państwa, ja z tego Lipia nie wyjechałem nieodwołalnie i na stałe, bo ja
tam często bywam – zwłaszcza myślami, choć ono, to Lipie, wyglądem się bardzo zmieniło. We
wspomnieniach moich i we snach jego pejzaż jest taki jak przed 70 lub 60 laty, tymczasem
w realności dzisiejszej – różnie to bywa... Ale ja „na Lipiu” bywam także (w tamtych stronach
mówi się nie „w Lipiu”, lecz „na Lipiu”). Właśnie wczoraj stamtąd wróciłem, ponieważ zostałem
zaproszony przez jedną z wnuczek mojej siostry Genowefy na wesele – w charakterze eksponatu
rodzinnego z odległej przeszłości, bom najstarszy wiekiem, ale i z oddali egzotycznej, bom aż
znad morza... I oczywiście cieszyłem się, że jest to wesele, ale równocześnie martwiłem się, że ja
na tym weselu właściwie już się nie umiem się zachować. To są inni weselnicy i inne wesela teraz
niż te, które bywały za „moich czasów”. Np. połowy tych piosenek, które teraz były śpiewane, to
ja już nie znałem – a nadal na weselach (a i poza weselami) śpiewania było tu dużo. Młodzież
weselna podobała mi się, ale chwilami nieco i denerwowała – np. ubiorami albo i ufryzowaniem:
jak to młodzież... Natomiast obrzędy, które były nazywane dawnymi nazwami, np. czepiec
(oczepiny), kompletnie nie przypominały tych oczepin, które ja przed półwieczem
„odprawiałem” na „urzędzie” (taki „urząd” nazywało się: „starszy swat”) na weselu mojej siostry.
Pamiętam, jak o północy w izbie przy „obtańcowywaniu” kołacza muzykanci grali, śpiewaczki
popłakiwały – wszystkie kobiety były śpiewaczkami – a długa i rzewna piosenka, tylko przy takiej
okazji śpiewana, zaczynała się od zwrotki:
1 J. Bachórz, Reymont i „Chłopi”, [w:] W. S. Reymont, Chłopi, T. 2, Warszawa 1999, s. 618.
JEDNAK KSIĄŻKI 2016, nr 5
284
Robić to, co jest potrzebne. Rozmowa z prof. dr hab. Józefem Bachórzem...
„Na Podolu siwy kamień,
Podolanka siedzi na niem,
Siedzi, siedzi, wionki wije
Z biołej róży i lelije”.
(Kołacz to był umajony sztucznymi kwiatkami odświętny bochen chleba z białej
pytlowanej mąki ustawiony na stole środku izby; starszy swat go przez chwilę „obtańcowywał”
wokół stołu, trzymając oburącz nad głową, a potem prosił do tańca po kolei innych chętnych,
którzy pod talerz na stole kładli prezencik pieniężny; tancerzem byłem marnym).
No więc to jest tak, że ja – choć z Lipia właściwie wyjechałem – to i nie wyjechałem. Lipie
jak na galicyjskie stosunki jest wsią niewielką. Sąsiednia wieś – Bratkowice – ma mieszkańców
około pięciu tysięcy, wieś Budy Głogowskie – ponad dwa tysiące. Lipie ma tych mieszkańców
z pięć setek, chyba nawet niecałe pięć setek. Wioska to taka sobie: ani gorsza, ani nie lepsza od
innych. Droga przez Lipie wiodąca ma niewiele ponad kilometr. Ziemia tu na przemian
piaszczysta (pola) i podmokła (łąki). Bachorzowie (w moich stronach „ó” w tym nazwisku jest
wymienne na „o”) mieszkają tu od wieków i Bachorzów z imieniem Józef w czasach mojej
młodości było paru. Kiedy dostawałem na wakacjach listy od jednej koleżanki z miasta Łodzi
(w mieście moich studenckich lat mówiło się „z miasta Łodzi”, bo „z Łodzi” brzmiało jak
„złodzij”), to mi imiennik, syn Bolka Bachorza (ja jestem synem Alojzego Bachorza), przynosił
koperty otwarte, bo Józek Bolków mieszkał w środku wsi, gdzie listonosz docierał wcześniej niż
na „mój” skraj Lipia, i ten właśnie Józek dopiero po otwarciu koperty orientował się, że to list nie
do niego, na dodatek – na moje szczęście –pismo w nim gorzej czytelne niż na kopercie...
Lipiu zawdzięczam dużo. Mądrze to ujął poeta w wierszu dla mnie pamiętnym:
„Nieraz myślisz, że zdanie urodziłeś z siebie,
A ono jest wyssane w macierzystym chlebie;
Albo nim nauczyciel poił ucho twoje […]”
To cytat z Mickiewiczowego wiersza Do Joachima Lelewela. Ja oczywiście wiem, żem czegoś
się „po drodze” w życiu nauczył niby to „z siebie”, ale zarazem uświadamiam sobie, że najwięcej
nauczyłem się w rodzinnym domu i w jego pobliżu – i ta wiedza nieraz rozstrzygała o tym, jak
JEDNAK KSIĄŻKI 2016, nr 5
Robić to, co jest potrzebne. Rozmowa z prof. dr hab. Józefem Bachórzem...
(...truncated)