Moje Chiny
Łucja Drabczak
Moje Chiny
Niepodległość i Pamięć 12/1 (21), 267-289
2005
WSPOMNIENIA
„Niepodległość i Pamięć"
N r 21, 2005
Łucja Drabczak
Gdańsk
Moje Chiny
Jest rok 1908. W Polsce panuje głód, bezrobocie. Michał Graczyk z zawodu kolejarz-maszynista, wraz z żoną Heleną z domu W ierzbowską i jednorocznym synkiem
Apolinarym opuszczają Łomżę i jadą „za chlebem” do Harbina w Mandżurii. Przed
wyjazdem do Chin babcia udaje się do Częstochowy, aby pomodlić się przed obrazem
Matki Boskiej Częstochowskiej, prosząc o opiekę i szczęśliwą podróż. Stamtąd przy
wozi poświęcony obrazek z Jej wizerunkiem i zabiera do Chin. Przed śmiercią prze
kazuje go memu ojcu, a on przywozi z powrotem do Polski. Teraz obrazek należy do
mnie.
W 1896 roku została utworzona Spółka Akcyjna Kolei Wschodnio-Chińskiej. Bu
dowę linii miał realizować Zarząd Główny, którego wiceprezesem był inż. Stanisław
Kierbedź. Na czele ekspedycji wytyczającej szlak kolei stał inż. Adam Szydłowski.
On też uważany jest za faktycznego założyciela miasta.
Harbin był wówczas małą wioską składającą się z paru chińskich fa n z [chałup],
położonych nad brzegiem rzeki Sungari (obecnie Songhua).
M iasto rozwijało się w ogromnym tempie. Otworzono tu pocztę, różne sklepy,
między innymi magazyn Czurina, Klub Kolejowy, założono kanalizację. Zbudowano
most łączący brzegi rzeki Sungari. Do Harbina zaczęli przybywać ludzie z różnych
krajów, wśród nich uciekinierzy z Rosji. Powstały konsulaty: francuski, belgijski, an
gielski i inne.
Przyjeżdżając do Harbina dziadek znajduje zatrudnienie na kolei, której właściwie
jeszcze nie ma.
Michał Graczyk pracuje wraz z Chińczykami-kulisami przy budowie odcinka Har
bin - Port Artur. Potem jeździ już jako maszynista do samej emerytury. Z okresu
jego pracy pozostała popielniczka, którą otrzymał w rocznicę 25-lecia kolei.
W tym czasie ucieka z zesłania z Syberii Jan Jasiński, rodem z Milanówka. Za
trudnia się również przy budowie kolei żelaznej. W Harbinie poznaje Polkę z Brześcia
Litewskiego, Helenę, która przyjechała ze swoją matką odwiedzić daleką kuzynkę. Jan
pokochał ją, mimo że wcześniej miał już córeczkę z pewną Rosjanką. Po ślubie z Heleną
umierająca na gruźlicę Rosjanka przyprowadza córkę Margeritę. Babcia oczywiście wyba
cza Jasińskiemu i ma z nim jeszcze czworo dzieci — pierwszym z nich jest moja mama.
Dziadek Jan był bardzo urokliwym człowiekiem. Pamiętam go bardzo dobrze, żeg
nałam się z nim przed samym wyjazdem do Polski. Już nie był taki młody, ale bar
dzo zadbany, elegancki i pięknie mówił po polsku. Nigdy nie nauczył się mówić czy
sto po rosyjsku. Jego urok osobisty działał nie tylko na babcię. Miał przeróżne ro
manse. Na początku babcia nie mogła w to uwierzyć. Gdy jednak osobiście się o tym
268
Łucja Drabczak
przekonała, nie było odwrotu. Wystawiła jego rzeczy i została sama z pięciorgiem
dzieci. Zrobiła kurs krawiecki. Ze służbowego domku kolejarskiego wyprowadziła się do
centrum Harbina. Zamieszkała na jednej z bocznic głównej ulicy „Kitajskiej” w murowa
nej kamienicy należącej do Chińczyków. Babcia szyła w domu i z tego utrzymywała
dzieci. Jeden z pokoi wynajęła staremu kawalerowi. Był to bardzo spokojny, wykształ
cony, skromny człowiek o imieniu Jan. Nazwiska nigdy nie poznałam. Pracował jako
wykładowca na Politechnice Harbińskiej. Ponieważ doskonale znał język japoński z
nakazu został tłumaczem w żandarmerii japońskiej, aż do wkroczenia wojsk radziec
kich.
Lokator zajął się edukacją i wychowaniem dzieci. W ten sposób miałam trzech
dziadków i właśnie najbardziej pokochałam tego „trzeciego”.
W sierpniu 1945 byłam akurat u babci i czekaliśmy z obiadem na dziadka. Przy
chodził zawsze około 16 do domu. Kot zawsze czekał na niego pod drzwiami, a teraz
skoczył nagle na parapet okna i zaczął się dziwnie zachowywać. Pazurkami drapał po
szybach, przy tym okropnie miauczał. Dziadek nie przychodził, babcia nakazała mi
siedzieć grzecznie i nikomu nie otwierać. Wyszła, ale dość szybko wróciła zapłakana
i zaczęła palić jakieś papiery. Do mnie powiedziała, że dziadek musiał nagłe wyje
chać. Okazało się, że zabrali go z pracy żołnierze radzieccy. Został wywieziony na
Syberię do łagrów. Był tam do śmierci Stalina. Przez kilka łat żył jeszcze w AłmaAcie (Kazachstan), gdzie wywieziono również z Harbina siostrę i brata mojej mamy.
M iał tam bardzo troskliwą opiekę, był przez nich kochany i szanowany.
Przebywając w łagrach oduczył się jeść obiady. Jadł tylko suchy chleb i pił her
batę. Opowiadał, że jego towarzyszką w chatce na Syberii była kura, której nigdy nie
mógł zabić (otrzymał ją na rosół jak był chory).
Nigdy nie chciał opowiadać o tym czy był bity. Lekarka, która go leczyła w Ałma-Acie mówiła, że miał odbite nerki. Żył tylko dwa lata po zsyłce i bardzo cierpiał.
N ikt dokładnie nie poznał historii jego życia. Wiem tylko, że z pochodzenia był Ro
sjaninem.
W racam do moich rodziców. W 1925 roku ojciec ukończył szkołę sam ochodową
i otrzymał m iędzynarodowe prawo jazdy. Od rodziców dostał samochód marki Ford
(z tyłu miał pojemnik na klocki z drewna) i jeździł po Harbinie jako taksówkarz.
Ojciec mój miał rok jak opuścił Polskę, więc nie posiadał żadnych dokumentów.
Specjalnie nie były mu potrzebne, lecz gdy Japończycy zajęli Mandżurię zaczęli robić
porządki. W 1933 roku W ojewoda W arszawski (w podpisie S. Twardo) nadał mu
obywatelstwo Państwa Polskiego.
W 1936 roku ojciec zostaje zwolniony ze służby wojskowej. Poznaje też moją m a
mę Helenę Jasińską, która pracuje w tym czasie w aptece Sant’e w Harbinie. Zako
chują się w sobie i biorą ślub w kościele rzymsko-katolickim im. św. Józefata w Harbinie-Pristań.
Przychodzę na świat już w dużym, pięknym europejskim mieście z dzielnicami:
rosyjską, chińską, amerykańską, japońską.
Budowa kolei wschodniochińskiej spowodowała, że Harbin przeistoczył się w mia
sto, które posiadało wyższe szkoły, między innymi politechnikę, 2 kościoły katolickie
(pod wezwaniem św. Stanisława i św. Józefata), cmentarz katolicki, szkołę polską im.
H. Sienkiew icza, klub polski zwany „G ospodą” . Statut tej organizacji zatwierdzono
10 września 1907 roku, zaś jej prezesem został W iktor Roman. Już w tym samym
roku przy „Gospodzie” rozpoczęła działalność pierwsza początkowa szkółka polska
Moje Chiny
269
oraz kurs języka polskiego dla dorosłych. W siedzibie organizacji koncentrowało się
życie kulturalne Polonii, odbywały bale i uroczystości.
Nadano mi imię Łucja. M ama bardzo chciała Iwonę, lecz chrzestny (Polak Jan
Bobrowski) zapomniał jakie imię miał podać księdzu. Stwierdził, że skoro jego żona
ma na imię Łucja, to ja też mogę się tak nazywać. Nazywali mnie Łucka.
Pamiętam, że lato w Harbinie było bardzo upalne, więc ubierano mnie na biało.
Głowa ostrzyżona na łyso, mama łudziła się, że włosy urosną bardziej gęste. Na gło
wie zawsze biała czapeczka, biała sukienka, aby nie przyciągać dodatkowo promieni
słonecznych.
W lecie największą radością był moment wyjazdu na drugą stronę rzeki Sungari,
gdzie rodzice wynajmowali tzw. daczę. Sąsiadami były przeważnie chińskie (...truncated)