Oswobodzenie

Wadoviana. Przegląd historyczno-kulturalny, Dec 1998

Roman A. Gajczak

Oswobodzenie

Roman A. Gajczak Oswobodzenie Wadoviana : przegląd historyczno-kulturalny 1, 53-56 1998 Roman A. G a j cza k Oswobodzenie Już od pierwszych dni stycznia 1945 roku toczyła się żywa dyskusja na tem at w ysadzenia mostów na Skawie. W iedzieliśmy, że front nadchodzi od w schodu, a ściślej od Kalwarii Zebrzydow skiej. W W adowicach Niemcy przygotowyw ali się do obrony, zaś Skawa m iała stanow ić w ażną przeszkodę na drodze zw ycięskiej arm ii sowietów, jak ich w tedy nazywaliśm y. R osły em ocje podsycane dalekim i jeszcze odgłosam i artylerii. Panowała cicha radość, którą od czasu do czasu za kłócały hiobowe wieści: szeptano o zem ście w ycofującego się wroga na niew in nej ludności cywilnej, o m asowych egzekucjach, wrzucaniu granatów do m iesz kań i piwnic, o tarczach z żywych ludzi. Jednak w ysadzenie mostów kolejowego i drogow ego w szystkich najbardziej interesowało. Miał to być punkt zwrotny, ostat ni rozpaczliwy gest pokonanego, przyznanie się, że to już koniec, że idzie nowe... Poza tym krył się w tym przedsięwzięciu smaczek sensacji. I jedno jedyne pytanie krążyło z ust do ust: kiedy? Głęboko przejąłem się zdetonowaniem mostów widząc w wyobraźni apokalip tyczną wizję. W słuchiw ałem się w rozm owy starszych, w namiętne dyskusje pro wadzone przez prof. Jacha, sędziego Erba i prof. Kucharskiego, który nas w tym czasie odwiedzał. Upłynęły trzy pierwsze tygodnie stycznia. Na okres najgorętszych dni przyszło nam się rozdzielić. W domu przy 3 Maja pozostali tatuś, Henryk, Maryla i Helena. M am a zaś zabrała Teresę i m nie, by w raz z Tadeuszem , jego żoną i synkiem udać się do p. Borgoszów, rodziców mojej bratowej. Mieszkali oni w małym domku między parkiem a G orzeniem . Taka decyzja została podjęta w dobrej wierze. W szak front przewali się głów ną ulicą, a na peryferiach powinien być spokój. P ożegnaliśm y się czule i w niedzielę 21 stycznia w południe poszliśm y do p. Borgoszów. Już po drodze gw izdały nad naszymi głowami pociski artyleryjskie. Gdzieś jeszcze daleko nastąpiły ekspolozje. Trochę podszyci strachem doszliśm y do „Borgoszów ki” (obecnie rozbudow anego domu przy Alei W olności 76). W kra czając w gościnne progi z up ełnie nie zda w a liśm y sobie sprawy, że w padam y z deszczu pod rynnę. Domek p. Borgoszów wznosi się na falistym terenie, którego rzeźba jest jak gdyby stworzona do działań wojennych. Liczne pagórki i w klęśnię cia, a nade w szystko rozciągający się przed sadybą wąwóz, to miejsca jakże sprzy jające do obrony i ataku. W zdłuż potoku, dziś już nie istniejącego, rosły gęsto wierzby. Nawet stodoła mogła służyć na punkt strategiczny. Miejsce, które opisuję jest odległe od Alei W olności o dobre dw ieście m etrów w kierunku południowo zachodnim , aczkolw iek nieruchom ość jest do Alei zaliczana. Jeszcze dziś w po bliżu m ożna odnaleźć resztki poniem ieckich bunkrów. W parku stały działa 17 armii. W wąw ozie o kilkadziesiąt kroków od drew nianej chatki p. Borgoszów, Niem cy założyli gniazdo karabinów m aszynowych. Za parkiem od południa, gdzie w znosi się kolonia dom ków jsdnorodzinnych, stały niem ieckie baraki junaków. Cała siła ognia z tych miejsc została skierow ana w kierunku G orzenia i w zgórza D zw o nek, dokąd już podchodzili Rosjanie z 38 Armii IV Frontu U kraińskiego. Rychło w ypatrzyli niem ieckie cele, zaczęli w alić z arm at i katiusz. Odtąd nad naszymi głowam i przelatyw ały przez pięć długich dni i nocy chm ary pocisków z gwizdem, świstem, jękiem , kończąc każdą wędrów kę przerażającym hukiem. Niezw łocznie chcieliśm y opuścić dom p. Borgoszów. Niestety, było już za póź no na odwrót. W ym iana ognia zaczęła nabierać stałego charakteru i musieliśmy ulokować się w piwnicy. Piwnica - to brzmi humorystycznie, bo to była piwniczka z podnoszoną klapą, na której stała beczka z kiszona kapustą. W ew nątrz leżały ziem niaki i trochę rupieci, zajeżdżało stęchlizną, mury były lodowato zimne, klepi sko niem ile. Pani Borgoszow a jak mogła zagospodarow ała to nieprzytulne m iej sce zapalając przede wszystkim karbidową lampę. Zebrała się nas spora grom adka, bo do licznej rodziny p. Borgoszów dołączyli w ujow ie z żonami i dziećm i. Bracia p. Borgoszowej podobnie jak my rozumowali, że tu będzie bezpieczniej. Ponad dwadzieścia osób stłoczyło się pod ziemią, pod czas gdy nad nami pociski w yczyniały piekielne harce. M ężczyźni przygotowali łopaty i kilofy na wypadek, gdyby nas zasypało. Kobiety zajm owały się dziećmi. Ś piew ały przy tym pieśni religijne i odm aw iały modlitwy. Pani B orgoszow a nie bacząc na niem ilknącą kanonadę w ychodziła na górę i gotow ała dla wszystkich strawę, głównie groch z kapustą, bo tylko to miała. A jej najm łodszy syn, Józik także pozostaw ał na górze i czytał książki. P rzez cały czas pobytu w piw nicy odczuw ałem albo strach albo w esołość. Bałem się, gdy pociski w ybuchały tuż obok domu, przygotowywałem na śmierć, modliłem .... a po chwili w raz z rówieśnicą Urszulką Borgoszówną zanosiliśm y się od śm iechu, kiedy m ały chłopczyk Maksio wołał: - „M amo, kakać” - Pomyślcie, dwudziestu ludzi żyw iło się przez pięć dni przeważnie ziemniakam i, grochem i ka pustą! W pojedynku artyleryjskim zdarzały się przerwy. Jak dobrze było wtedy wyjść z lochu i rozprostować kości. Jednego dnia bawiłem się w pokoju z synkiem bra ta - Jureczkiem . Posadziłem go na stole. Nadleciały sam oloty radzieckie i zrzuciły bomby na domy stojące vis a vis szpitala. Nastąpił huk tak ogromny, że Jureczek spadł ze stołu, na szczęście nic mu się nie stało. W idziałem krążące sam oloty z czerwonym i gwiazdam i nad skrajem gorzeńskiego lasu, które w ytrwale rzucały całe serie lekkich bomb. W ybuchały gejzery ognia, sam oloty nurkowały i wznosiły się, ładnie to wyglądało, nie mogłem oczu oderw ać od okna. O bok mnie stał Józik Borgosz. Gdy nie strzelano, żołnierze z wspom nianego z wąwozu, wstępowali do domu, aby się zagrzać. Dzieciom dawali grube tabliczki czekolady. - „Nie jedzcie, to zatru te!" ktoś ostrzegał. Gruby Niemiec o odrażającej fizjonomii machnął ręką i zam ru czał: - „ Nie zathute” . - Zjedliśmy czekoladę z Maksiem na spółkę. Dobra była. Jednej nocy kilku żołnierzy niem ieckich z „P anzerfaustam i” weszło do domu, a dw óch do piwnicy. Byli nieogoleni i w yglądali groźnie. Szukali Rosjan (?), po czym zażądali żywności. Pani Borgoszowa dała im resztki chleba, piętki i skórki. Bez słowa je zabrali, zapytali którędy najbliżej na Bielsko i odeszli. -„M ogli nam w podziękowaniu za te skórki w pakow ać jedną pigułę do piwnicy” - zdobył się na koszm arny żart tatuś Maksia. W czwartek 25 stycznia w późnych godzinach wieczornych Niemcy wysadzili oba mosty. Od huku zgasła karbidówka i dw ukrotnie kłapnęła klapa od piwnicy. Potężne eksplozje nie zrobiły na mnie oczekiw anego wrażenia; już przyzwycza iłem się się do huku. Przypom niałem sobie teraz o dyskusji prof. Kucharskiego z sędzią Erbem. Skoro mosty wyleciały w powietrze, wyzwolenie było już bardzo blisko. N astępnego dnia kolo południa w yszliśm y na podwórko. Pierwsze w raże nie (...truncated)


This is a preview of a remote PDF: http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1-s53-56/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1-s53-56.pdf
Article home page: http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1-s53-56/Wadoviana_przeglad_historyczno_kulturalny-r1998-t1-s53-56.pdf

Roman A. Gajczak. Oswobodzenie, Wadoviana. Przegląd historyczno-kulturalny, 1998, pp. 53-56, Volume 1,