Sydonia Wójtowicz
Magdalena Lasota
Sydonia Wójtowicz
Rocznik Kolbuszowski 12, 369-372
2012
Sydonia Wójtowicz
369
MAGDALENA LASOTA – Kolbuszowa
Sydonia Wójtowicz
Osoba, której sylwetkę chcę przedstawić, to Sydonia Wójtowicz, moja prababcia. Człowiek o niezwykłym temperamencie i pogodzie ducha, pełna poczucia humoru, zawsze elegancko ubrana,
energiczna kobieta o silnym charakterze i niezwykłej osobowości.
Nie narzekała, brała życie, jakim jest, była optymistką, uwielbiała
śpiewać nawet do ostatniego dnia swojego życia. Przeżyła dwie wojny
światowe, wychowała trzy córki, doczekała się pięciorga wnucząt,
dziesięciorga prawnucząt i trzech praprawnuków.
Sydonia Wójtowicz urodziła się 4 grudnia 1906 r. w Kolbuszowej. Była córką szewca Wojciecha Biesiadeckiego i Katarzyny
z domu Turek, która była krawcową. Biesiadeccy, tzw. „Pniaki Kolbuszowskie”, to jeden z najstarszych rodów mieszkających w Kolbuszowej. Była najstarsza z szóstki rodzeństwa. Miała pięciu braci:
Mariana, Jana, Eugeniusza, Józefa i Stanisława. Kiedy w wieku 42
lat zmarła jej mama, pomagała ojcu w wychowywaniu braci. Od najmłodszych lat opiekowała się domem, pomagała rodzicom. W roku
1913 rozpoczęła naukę w Szkole Powszechnej, gdzie ukończyła 6
klas. Jej ojca nie było stać na dalszą edukację córki, dlatego Sydonia
zaczęła uczyć się zawodu krawcowej. Nauki pobierała u znajomej,
a także na kursie we Lwowie. Babcia nie miała łatwego życia. Mając
24 lata, w 1930 roku wyszła za mąż za Mieczysława Kopaczyńskiego, z którym wyjechała z Kolbuszowej do Dębicy, gdzie prowadziła
swój mały zakład krawiecki, a następnie do Zakopanego, gdzie jej
mąż dostał posadę w straży miejskiej. W roku 1930 urodziła swoją
pierworodną córkę Wiktorię, w roku 1934 wydała na świat córkę Romanę, ale dzień po jej narodzinach po długiej, ciężkiej chorobie mąż
Mieczysław zmarł. Po jego śmierci wróciła do Kolbuszowej. Tam też
zastała ją okupacja hitlerowska. Zamieszkała przy ul. Piłsudskiego,
w miejscu, gdzie przed wojną była żydowska karczma. Od 1936 roku
prowadziła sklep spożywczy, który w roku 1944 zmieniła w kiosk
370
Magdalena Lasota
RUCHU i prowadziła go do emerytury. Do dziś w jej domu można
zobaczyć ślad po drzwiach, które prowadziły do dawnego sklepu.
W 1939 roku miała brać ślub ze swoim drugim mężem Stanisławem Wójtowiczem, ale został aresztowany. Pobrali się dopiero
w grudniu 1941 roku. Historia poznania męża sięga czasów jej
panieństwa, był on jej dawnym kolegą z Dębicy, który „odnalazł” ją
po wielu latach i ożenił się, sprawując opiekę nad nią i jej dwiema
córkami. 24 października 1942 r. przyszła na świat jej trzecia córka
Maria. W dzień urodzin Marii mąż został zabrany przez okupanta.
28 października 1942 r. wywieziono go do Rzeszowa, gdzie było
więzienie w podziemiach Zamku Lubomirskich, a następnie do Tarnowa i Oświęcimia. Tam 31 maja 1943 r. zmarł. Jako potwierdzenie
babcia otrzymała kartę pośmiertną, która jest jedynym dokumentem
śmierci jej drugiego męża.
W czasie wojny pomagała Żydom. Na strychu czasem nocowała m.in. pani Grabsztyftowa, właścicielka sklepu z przyborami
do szycia. Babcia nikomu nie odmawiała pomocy, chociaż nie było
jej łatwo samej, wychowując córki i zarabiając na życie. Przeszedłszy na emeryturę, została Członkiem Związku Emerytów. Za swoją
pracę opiekunki społecznej osób starszych w 1977 r. dostała Złotą
Odznakę Honorową. Posiadała Legitymację Członkowską Związku
Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i byłych więźniów politycznych nr 0863. Była także członkinią Związku Bojowników o Wolność
i Demokrację
Od dziecka słuchałam opowieści babci na temat historii jej
i całej rodziny. Bardzo mnie ciekawiło ówczesne życie ludzi a także
zwyczaje, tradycje. W czasie studiów, jako pracę zaliczeniową, mieliśmy przeprowadzić wywiad z najstarszym mieszkańcem rodzinnej
miejscowości. Było to w roku 2003, kiedy babcia miała 97 lat. Tekst
tego wywiadu zamieszczam poniżej.
Jak Babcia wspomina swoje dzieciństwo?
Okres mojego dzieciństwa przypadł na I wojnę światową.
Jestem najstarsza z sześciorga rodzeństwa. Mój tata był szewcem,
a mama krawcową. Już od najmłodszych lat pomagałam mamie
w prowadzeniu domu. Czerpałam wodę ze studni, zbierałam kwiaty
żeby kąpiel ładnie pachniała, gdyż wtedy nie znano żadnych płynów
do kąpieli. Nie było zabawek, więc bawiliśmy się w piasku, budując rozmaite budowle, szyłam sobie także lalki z resztek materiału
Skończyłam tylko sześć klas szkoły podstawowej, ponieważ moich
rodziców nie było stać na naukę, bo wtedy gimnazjum było płatne.
Dlatego też rodzice wysłali mnie na kurs krawiecki do Lwowa. Po po-
Sydonia Wójtowicz
371
wrocie dostałam w prezencie od ojca maszynę do szycia, którą mam
do dziś i traktuję ją jak cenną pamiątkę. W moim domu rodzinnym
bardzo pielęgnowaliśmy tradycje i stare zwyczaje. Najprzyjemniejszym okresem było Boże Narodzenie. Przy wigilijnym stole siadała
cała rodzina, dzieci ubierały choinkę w jabłka i orzechy a także
w papierowe ozdoby i łańcuchy, a po wieczerzy śpiewaliśmy kolędy
i z całą rodziną szliśmy na pasterkę.
W 1925 roku młodzież kolbuszowska utworzyła „Akademickie
Koło Kolbuszowian”, wystawiające sztuki teatralne. Zostałam pierwszą aktorką zespołu. Wystawialiśmy takie spektakle jak: „Kościuszko
pod Racławicami”, „Królowa przedmieścia”, „Miłość i polityka”. Raz
nawet dostałam w podziękowaniu kwiaty i srebrną bombonierkę
od Stanisława hr. Tyszkiewicza. Zespołowi patronował m.in. hr.
Jerzy Tyszkiewicz, do którego przychodziłam razem z koleżanką
śpiewać pieśni i kolędy, niejednokrotnie zostawałyśmy zapraszane
na podwieczorek, gdyż jego rodzinie bardzo podobał się nasz śpiew.
Jak Babcia oceniłaby dzisiejszą
rzeczywistość?
Dzisiejsza młodzież ma wszystko, co chce. W porównaniu
z tym, jak było w czasie okupacji, macie wszystko, czego Wam potrzeba. Nie wiecie, co to prawdziwa bieda i głód. Ciągle słyszę, że
młodzież narzeka na życie, ale prawdę mówiąc, chciałabym mieć
w dzieciństwie choć cząstkę tego, co macie. Idąc ulicą często słyszę,
jak młodzi ludzie przeklinają, nie tylko chłopcy, dziewczyny również,
dla mnie jest to nie do pomyślenia. Nie pogodzę się z tym, ponieważ
język jest oznaką kultury osobistej człowieka i ubolewam nad tym,
że większość młodzieży nie zdaje sobie z tego sprawy. Dawniej ludzie
byli weseli, radość i szczęście gościły na ich twarzach. Dzisiaj ludzie
chodzą smutni, choć mają o wiele więcej niż inni mieli dawniej.
Czy w związku z tym ma Babcia jakieś obawy
dotyczące naszej przyszłości?
Wydaje mi się, że świat dąży ku złemu. Ludzie zamiast przyjmować życie takim, jakim jest, ciągle stawiają wymagania, którym
bardzo często nie mogą sprostać. Nie potrafią się cieszyć z tego,
co mają. Ja tak naprawdę nie rozumiem waszego pokolenia a wy
na pewno mojego, to normalne. Dzieli nas nie tylko różnica wieku,
ale również różne problemy i wyznawane wartości. Dzisiaj każdy
w pogoni za pieniądzem zapomina o tym, co tak naprawdę liczy się
w życiu. W przeciwieństwie do moich czasów, kiedy ludzie żyli spo-
372
Magdalena Lasota
kojnie, bez pośpiechu, szczęśliwi. Ten (...truncated)